poniedziałek, 13 sierpnia 2012

Rozdział 30

z punktu widzenia Mary

Gdy gęsiego wyszliśmy z domu każdy rozszedł się w swoją stronę… prawie. Tylko ja zatrzymałam się w futrynie niestety nie na długo bo Louis pchnął mnie do przodu by zamknąć drzwi. Po mimo dzikim wymachiwaniem rękoma i pochylając się do przodu i do tyłu utrzymałam się w pionie i nie zaryłam twarzą w chodnik. Poprawiając fryzurę odwróciłam się do szatyna. On tylko wpatrywał się we mnie z miną nie ogara:
- No co? – spytałam zdezorientowana.
- Wyglądałaś jak byś balansowała na linie która zwisa nad przepaścią… - skrzywił lekko głowę i się uśmiechnął.
Po kilku sekundach przepchnął się przeze mnie chociaż mógł normalnie przejść po trawniku. Pokręciłam tylko czaszką i podreptałam za nim. Nasza wędrówka nie była by taka długa gdyby nie to, że co jakiś czas zatrzymywałam się bez słowa i po chwili machania mi przed twarzą ręką przez Louisa szłam dalej. Tak jakby na chwilę wyłączał mi się mózg bynajmniej szatyn tak stwierdził bo nie umiałam tego wytłumaczyć a na początku nie wiedziałam w ogóle o co mu chodzi.
Stanęłam przed moją chałupą, otworzyłam furtkę i nic. Stałam przez chwilę nie ruchomo przed wejściem. Nagle Louis zaczął mną szarpać jednak ja złapałam go ramiona i spojrzałam mu w oczy:
- Co ty… kurwa… odwalasz? – powiedziałam to pół szeptem i gapiłam się na niego jak na debila.
On całkowicie zdezorientowany tą sytuacją tylko się na mnie patrzył. Przesunęłam go i weszłam na podwórko mierząc każdy metr przekroczyłam próg domu. Zdjęłam buty gdy Louis do mnie dołączył. Tylko się na niego spojrzałam i udałam się do siebie zamykając za sobą drzwi. Chłopak chciał otworzyć wejście do mojego pokoju niestety ja byłam szybsza. Wystrzeliłam z pomieszczenia jak strzała i pomknęłam do innych, wylatując z nich tak szybko jak wleciałam. Louis jeszcze bardziej zdziwiony moim zachowaniem ledwo co się nie przewrócił. Postanowił mnie spróbować zignorować i usiadł na łóżku wędrując wzrokiem po pokoju. Po chwili usłyszał głośny huk. Wyleciał z pokoju podobnie do mnie zatrzymał się przy schodach zauważając nieprzytomną mnie. Podleciał do mnie, podniósł moją głowę sprawdzając czy nie krwawię przeniósł mnie do mojego pokoju na łóżko. Na szczęście nic mi
się nie stało tylko pieprznęłam mocno głową o najprawdopodobniej schodek. Po godzinie nagle ocknęłam się podniosłam swój tułów i złapał się za tył głowy:
- Au! – masowałam obolałe miejsce.
- Ej, ej spokojnie – spojrzał na mnie siedzący obok Louis.
- Co się stało?
- Spadłaś ze schodów i się uderzyłaś – zamiast odpowiedzi dostał tylko donośne ‘au’.
Położyłam się, a on tylko przewrócił oczami z uśmiechem. Po chwili znowu zerwałam się:
- Boże… Mary. Co ci? – spojrzał na mnie zrezygnowany.
- Nie wiem o co ci chodzi – przyjęłam postawę ‘foch i chuj’ i odwróciłam od niego wzrok.
Przewrócił oczami i kontynuował naszą krótką rozmowę:
- No bo od wyjścia z mojego i chłopaków domu taka jakaś dziwna jesteś – machnął dziwnie rękoma.
Nie odezwałam się i przez dłuższą chwilę trwała głucha cisza:
- Coś jakoś za cicho tutaj… - stwierdził Lou.
- No właśnie! –  krzyknęłam unosząc ręce i rzucając je bezwładnie na łóżko.
- Co jest?
- Nie maaa! – spojrzał się na mnie znowu zdezorientowany szybko kontynuowałam -Syyysteemaaa! – powiedziałam wolno i rzuciłam się na łóżko – Niiigdzie go nie ma. Przecież Mike ani moja matka nie wzięłaby go na spacer…
- Czemu? To chyba było by normalne nie? – przerwał mi.
- Bez smyczy? To chyba kogoś pojebało - stwierdziłam zażenowana.
- Aaa… - wstał szybko i energicznie wymachując rękoma zaczął – Mam pomysł! Gdy będziemy rozwieszać ogłoszenia z tym kotem poszukamy go – na twarzy pojawił mu się szeroki uśmiech.
- No okej – powiedziałam siadając.
Wykonaliśmy zdjęcie kociakowi Lou pomógł mi z treścią ogłoszenia i zaczęliśmy drukować. Po chwili ubrałam świeże ciuchy między innymi szarą bluzkę z rękawami za łokieć z Garfieldem i krótkie przetarte dżinsowe spodenki. Wychodząc poprawiłam swoje pomarańczowe conversy.
Gdy tak wędrowaliśmy uliczkami Londynu przyklejając wszędzie gdzie się da kartki. Wiecie typowe ogłoszenie: ‘znaleźliśmy kota’, zdjęcie, numer telefonu mego i Louisa. Wpatrywałam się właśnie ledwo co przyczepione przed chwilą przeze mnie i uświadomiłam sobie, że właśnie udostępniliśmy numer samego Tomlinsona wszystkim psychicznym i tych mniej fankom. Spojrzałam wielkimi oczyma na Louisa, który niczego nie świadomy dalej spokojnie naklejał na ścianę:
- Louis! – wydarłam się.
- Co? – spojrzał na mnie zdziwiony.
- Jak to co?! – podleciałam do niego – Patrz! – wskazałam na liczby które tworzyły jego numer komórkowy.
- No co? To tylko mój numer telefonu… - stwierdził nie wiedząc o co chodzi.
- Właśnie! To t w ó j numer telefonu! – spojrzałam się na niego szeroko otwartymi oczami.
Louis zakapował o co chodzi i wydał z siebie głośne ‘aaa’ ale po chwili spanikował:
- Mary co teraz?! Ja nie chce być napastowany dniami i nocami! – krzyknął załamując głos.
- Masz mazak? Trzeba będzie wymazać to – stwierdziłam dalej pokazując na numer.
Louis zaczął przeglądać swoje kieszenie nagle podniósł marker do góry wykrzykując głośne:
- Mam!
- Dobra to musimy zawrócić i zamazywać na każdym ogłoszeniu…
- Ty to robisz! -  wykrzyknęliśmy.
- No dobra - przewrócił oczami zażenowany i zaczął mazać numer.
I tak przy każdym. Ciągnęło to się nie miłosiernie aż Louis już wypuścił zmęczony marker kończąc zamazywać ostatnie liczby:
- Nareszcie! – sapnął zmęczony.
- Idziemy na lody? – zaproponowałam z uśmiechem.
Louis tylko pokiwał głową i ruszyliśmy w drogę. W pobliżu ulubionego parku Suzy znaleźliśmy budkę z lodami. Kupiliśmy sobie po truskawkowym dla mnie i czekoladowym dla Lou. Usiedliśmy na trawie przy jakimś drzewie. Oczywiście ja jak zwykle oparłam się o nie a mój towarzysz położył się koło mnie. Rozmawialiśmy, śmialiśmy się było bardzo miło. Gdy nagle zaatakował mnie językiem jakiś husky z merdającym wysoko ogonem. Po chwili ogarnęłam i wydarłam się:
- Syyyyyyyyyyyyysteeeem!!! – wtuliłam się w milutką sierść psiaka.
Louis zdziwiony podniósł się i zaczął głaskać sierściucha, który teraz rzucił się na niego i od razu potraktował go swoim wielkim językiem. Pieszcząc psa nawet nie zauważyłam jak podszedł do nas brunet w dżinsowej kurtce:
- Sorry, że przeszkadzam ale to wasz pies? – spojrzał na nas. Na pierwszy rzut oka wzrok jego był całkiem normalny jednak gdy przyjrzałam się zauważyłam nutkę błagania, jakby prosił w głębi siebie byśmy powiedzieli ‘tak’.
- Tak. To mój pies – uśmiechnęłam się i wstałam otrzepując rękoma tyłek. Spostrzegłam, że jego twarz od razu rozpromieniała.
- Uf… Cieszę się, że w końcu znalazłem właściciela – odchrząknął i poprawił się – właścicielkę. – odwzajemnił uśmiech – Nie chciałbym zaprowadzić takiego wesołego, pogodnego psiaka do schroniska…
- A nie mógłbyś zostawić go w domu i rozwiesić jakieś ogłoszenia… czy coś? – wtrącił się Louis.
- Chciałbym jednak nie za bardzo mam jak. Po za tym wczoraj uciekł mi kot… - spuścił wzrok.
Nagle mi i Louisowi pojawił się błysk w oku:
- A ten kot – zaczęliśmy równocześnie. Spojrzeliśmy się na siebie i zgodnie wymieniliśmy spojrzenia – ma taki brudny biały kolor i jasne niebieskie oczy? – dokończyłam.
- Tak. Taki malutki ciekawski rozrabiaka… - nadal nie podnosił wzroku, jednak po chwili go olśniło – Chwila skąd wiedzieliście, że tak wygląda? – zdziwił się i spojrzał na nas z nadzieją.
- Wczoraj właśnie znaleźliśmy takiego! Na drzewie! – odpowiedziałam radośnie – Jest u mnie w domu. Choć to ci go oddam – uśmiechnęłam się do niego.
On tylko odwzajemnił uśmiech i oddał mi smycz dla psa. I w trójkę zadowoleni ruszyliśmy do mego domu.


1 komentarz: