niedziela, 6 maja 2012

Rozdział 22

z punktu widzenia Susan

Obudziłam się po jedenastej. Spojrzałam na telefon. Miałam pięć nie odebranych połączeń od Matt'a. Ojej - pomyślałam. Po cichutku wymknęłam się z pokoju Mary, która jeszcze spała. Udałam się do łazienki, by zadzwonić do zapewne zbulwersowanego chłopaka:
- Halo? - usłyszałam dziecięcy głos - Ej plebsie, daj mi Matt'a - powiedziałam.
- Suzy? - tym razem był to głos mojego chłopaka.
- Tak. Sorry, że nie odebrałam, ale spałam jeszcze.
- Spodziewałem się tego.
- Nie gniewasz się? - powiedziałam słodkim głosikiem.
- Oczywiście, że nie. Dobra ja mam chwilowo pod opieką kuzynkę. Może potem się spotkamy?
- Jasne. 
Rozłączyłam się. Wyszłam z łazienki i udałam do kuchni po napój. A jak wróciłam do pokoju, to Mary już nie spała:
- Ej szmacizno, a ty już nie śpisz? - spojrzałam na nią.
- Nie suczyzno. Obudziłaś mnie - odpowiedziała mi z pogardą.
- Mam mały problem... -powiedziałam nie chętnie. 
- Jaki znowu kurwa? 
- No...Bo ja kocham Matt'a i w ogóle, ale ja nie jestem sobą przy nim. Staję się słodką niewinną dziewczynką... A to raczej jest przeciwieństwo mnie. Co ja mam zrobić?
- Eee zachowuj się przy nim normalnie?
- Nie umiem - posmutniałam. - No to się kurwa naucz. Od kiedy ty lubisz kogoś zgrywać kurwa?
- No nie wiem. Nigdy nie lubiłam... Nie rozumiem czemu się tak zachowuje .
Mary przewróciła oczami. Zjadłyśmy śniadanie, po czym ja wróciłam do domu się przebrać. Założyłam zielone rurki, białą dłuższą bluzkę na ramka i pomarańczową bluzę. Nagle usłyszałam jak ktoś woła moje imię pod oknem. Był to głos osoby, której w tym momencie najmniej się spodziewałam. Pod oknem stał Harrison, a obok niego ta cała blondynka. Trzymali się za ręce. Uśmiechałam się tylko otwierając okno.
- Suzy ! Chodź tu szybko. Poznasz kogoś! - wydzierał się jak głupi.
- Już idę no! - przebrałam się do końca i wyszłam przed dom.
- Suzy - Maggie, Maggie - Suzy - przedstawił nam sobie Harry.
- No siema - podałam jej rękę.
- Robicie coś dzisiaj z Matt'em? - zapytał chłopak.
- Nie wiem, niby mamy się spotkać - powiedziałam.
- Zadzwoń do niego – zaproponowała Meg.
- No dobra. 
Wykręciłam numer do szatyna. Nie odebrał. Znowu zadzwoniłam i znowu nie odebrał.
- No bo coś mu zrobię – wydarłam się.
- To chodźmy po niego – powiedział Harry.
Jak powiedział mój przyjaciel, tak zrobiliśmy. Drzwi otworzyła jakaś dziewczyna o czerwonych włosach. Stałam w bezruchu.
- Emm jest Matt ? – odezwał się Harry.
- Matt… Zawołam go może – powiedziała i trzasnęła mi drzwiami przed nosem, aż podskoczyłam
.- Suka – powiedziałam.
- Jaka szmacizna – dodał Harry.
Chwilę staliśmy i czekaliśmy. Trochę zmarzłam, bo było dość chłodno. W końcu otworzył nam Matt.
- Co to za dziczyzna w twym domu jest? – zapytałam.
- Kuzynostwo. Mówiłem ci przecież – tłumaczył szatyn.
- To zabieraj kuzynostwo i chodź z nami – uśmiechnęłam się.
Wiedziałam, że on mojemu uśmiechowi ulegał. Jak zawsze miałam racje.
- No dobra. Zaraz wracam – wszedł do domu. 
Czekaliśmy na nich z dziesięć minut. W końcu wyszedł, ale tylko z młodszą kuzynką. Miała ona około pięciu lat. Wyglądała na cwaną i wredną, jednak miałam nadzieję, że to tylko pozory. Udaliśmy się do parku. Przez tego bachora, Matt zajmował tylko nią. Byliśmy już w swoim towarzystwie około pół godziny, a mój chłopak nawet mnie nie przytulił. Nie to co Meg i Harry. Oni to cały czas się przytulali, całowali i cholera wie co jeszcze. Nagle zakochane gołąbki gdzieś zniknęły. Zostałam tylko z Matt’em i złem. To dziecko było cały czas dla mnie wredne i takie tam. Szatyn zaproponował, by zakupić lody. Każde z nas wzięło po czekoladowym rożku. Sam – tak nazywała się kuzynka Matt’a, złowieszczo się na mnie patrzyła. Tak naprawdę, to się bałam. Takie dzieci są nie przewidywalne, a ten bachor to już szczególnie. Usiedliśmy gdzieś na trawie.
- Jesteś brudna – oznajmiła mała.
- Gdzie – zapytałam obserwując swoje ciuchy.
- O tutaj – Sam rzuciła na moją białą bluzkę swojego loda.
- Ja pierdole! – podniosłam się wkurwiona. Próbowałam zetrzeć to, ale nie dawałam rady. Spojrzałam na dziecko - Ty mały gówniarzu ty! Co ja ci kurwa zrobiłam?! Pojebało do reszty? Za bardzo rozdziadowana gnojówka jesteś i tyle. Jak ja kurwa dzieci nienawidzę! Dziecko się rozryczało, a jakby tego było mało – zaczął padać deszcz.
- Co ty odwalasz? – wydarł się Matt – To jest tylko dziecko. A tak właściwie to gdzie się podziała moja Suzy, która by teraz powiedziała ‘nic się nie stało’?! Co się z tobą dzieje?!
- Ci kurwa powiem, że kurwa teraz widzisz prawdziwą Suzy. Normalną a nie dziwacznie słodką! – również zaczęłam wydzierać się na niego. W końcu mogłam mu to powiedzieć.
- Tamta nie istnieje?! – spojrzał się na mnie.
- A pierdol ty się – rzuciłam loda na ziemię i wkurwiona chciałam wracać do domu. Z chwili na chwilę coraz bardziej padało. Szłam po chodniku cała mokra bluzgając pod nosem. Nagle obok mnie jechał samochód. Okno otworzyło się.
- Ej marchewko! Trochę się pobrudziłaś i mokniesz. Podwieźć cię? – usłyszałam znajomy głos. Spojrzałam by zobaczyć kto do mnie rozmawia.
- Louis! Oczywiście, że tak! – wydarłam się i wsiadłam tylnymi drzwiami samochodu. W samochodzie przynajmniej było ciepło. Na miejscu przedniego pasażera siedział Zayn, za nim Harry, a obok Niall.
- Co masz na bluzce? – zapytał Niall.
- Czemu idziesz w deszcz ? – zapytał Harry.
- Co się stało, że taka wkurwiona jesteś? – zapytał Zayn.
- Czemu jesteś sama? – zapytał Lou.
- Eee. Zacznę od początku. Jakiś bachor rzucił we mnie lodem. Ten bachor to kuzynka mojego chłopaka. Ja się wydzierałam na tego bachora i zaczął padać deszcz. Potem chłopak wydzierał się ta mnie. Wkurwiona od niego odeszłam i teraz jest mi zimo i mam ochotę na kakałko -oznajmiłam.
- Aaaaa ! – usłyszałam od całej czwórki.
- Czyli to co masz na bluzce jest jadalne? – popatrzył na mnie Niall.
- Niby tak, ale to żarł ten bachor, więc raczej bym tego nie dotykała… To dziecko to zło wcielone! – odpowiedziałam z przejęciem.
- No to pędzimy do domu bo jestem głodny – oznajmił blondyn.
- Nie mogę liczyć na podwózkę? – spojrzałam na siedzącego z a kierownicą Louisa.
- Mógł bym cię podwieźć, ale ten żarłok by ci tego nie darował – oznajmił Szatyn.
- No okej – odpowiedziałam i pojechaliśmy do nich. 

2 komentarze:

  1. wpadłam na bloga przypadkiem i zostaje jego czytelniczką nadrobię wszystko w najblizszym czasie i dodaje do linków . zapraszam do siebie http://las-tontas-no-van-al-cielo.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  2. jest świetny, czekam na następny ;)

    OdpowiedzUsuń