poniedziałek, 2 lipca 2012

Rozdział 27

z punktu widzenia Susan


Gdy smacznie spałam w mięciutkim i cieplutkim łóżku nagle do pokoju wdarł się Mike. Jakby nigdy nic walnął do kąta plecak i rzucił się na swoje łóżko, akurat na mnie. Mój krzyk rozległ się po całym domu. Wystraszony błyskawicznie wstał:
- Co ty tu robisz?!- Śpię! Nie widać? - spojrzałam się na niego jak na debila.
- No ale dlaczego u mnie w pokoju?
- No bo... Grałyśmy z Mary na xboxie no i zasnęłyśmy. Nie powiadomiła cię o tym?
- Nie - wyszedł zażenowany tą całą sprawą.
Znowu walnęłam głowę na wielką poduchę. Najbardziej zdziwiłam się, że Mary nawet nie mruknęła tylko dalej świetnie spała. Niestety nie udało mi się ponownie zasnąć. Spojrzałam na ekran telefonu, by sprawdzić godzinę. Była 10.03 . Zrezygnowana wstałam i popatrzyłam na śpiącą w najlepsze i podniosłam swoje zacne dupsko. Wiedziałam, że budzenie Mary nie będzie przyjemne więc poszłam do łazienki i doprowadziłam się do umiarkowanego porządku no i wyszłam. Zastanawiałam się, jakie mam na dzisiaj plany. Nic ciekawego nie wynika z nich. Stwierdziłam, że napisze do tego fajnego kolesia z wczoraj. Doczłapałam się do mojego pokoju i otworzyłam szafę. Wybrałam różową sukienkę w czerwone różyczki i dżinsową kurtkę. Stwierdziłam, że do tego, założę jeszcze czerwone balerinki z kokardkami oraz czerwone nerdy (https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEgCUM4WoIGndz_uu5WgiMRXJfxlrdcUPynbYlxOmHjk0xy5onXIdSj6iBf_8Ycizr9a2d2OD35VOc2FPVyQnrGjW5XvT0YCpibuLsOV6jfngSPG6MU1XsH5tE3E7Acqbf9AvJfcBA7YFFly/s1600/5.jpg).


z punktu widzenia Mary

Ziewając przeciągnęłam się, nieprzytomna wyszłam z pokoju. Praktycznie zsuwając się ze schodów znalazłam się w kuchni. Wyciągnęłam mleko, płatki i podreptałam do pokoju. Walnęłam się na łóżko z laptopem. Zaczęłam nakurwiać w jakąś grę i zjadać płatki popijając mlekiem.
Nagle do mego królestwa wpierdolił się bez zaproszenia Louis:
- Łaaaaa-jaaa! - nieudolnie udawał ninje.
Spojrzałam się na niego jak na debila i wyłączyłam kompa. Odłożyłam go na bok i usiadłam po turecku:
- Czy ty zawsze będziesz taka okrutna?
- Taaaaak jestem podła i nadal będę niszczyć marzenia twoje i innych.
- I tak cię koc... - nie usłyszałam końcówki bo wyszedł z pokoju.
Wykonałam typowego facepalma i pobiegłam za nim. Powędrował do kuchni. Od razu odnalazł swój ulubiony sok:

- No pacz nic się nie zmieniło - puścił mi oko i poszedł do salonu. Przewróciłam oczami i ze słodkim uśmiechem poszłam za nim:
- No dobra gadaj po co tu przywędrowałeś zacnym krokiem?
- Czy dobrze czuję? Czy to przesłuchanie?! - podniósł głos tłumiąc śmiech.
- Tak kurwa!
- Nie będziesz mi grozić! - rzucił we mnie poduszką.
- A pierdol się. - oddałam mu z podwojoną siłą - Mvahahah! - gdy obróciłam się poczułam poduszkę na głowie.
Rozpoczęła się prawdziwa wojna. Po kilkunastu minutach śmiania:
- A tak w ogóle przyszedłem by złożyć ci propozycję.
- Jaką? - zapytałam z zaciekawieniem.
- Co ty na małą wycieczkę rowerową?
- No, nie wiem... - odwróciłam wzrok.
- Nie daj się prosić - uśmiechnął się i powalającym wzrokiem wpatrywał się w moje niebieskie oczy.
Również spojrzałam się na niego. Chyba z 2 minuty patrzyliśmy sobie w oczy. Gdy w końcu oprzytomniałam:
- No dobra - uśmiechnęłam się.
Pobiegłam do pokoju. Wygrzebałam z szafy szarą bluzkę na ramiączka, lekko poszarpaną z flagą Wielkiej Brytanii w kształcie serca, dżinsowe, krótkie spodenki i bordowe conversy. Szybko się przebrałam i związałam włosy w kucyka. Po chwili byłam już gotowa na dole:
- Już? Tak szybko? Wow - z nie dowierzaniem wyszedł przed dom.
Pokiwałam tylko głową i podreptałam za nim. Migiem pobiegłam po rower i ruszyliśmy.
Było strasznie ciepło więc zatrzymaliśmy się na chwile po lody i usiedliśmy w parku pod jakimś drzewem. Miło nam się rozmawiało dopóki nie usłyszałam miauczenia:

- Co to było? - zapytał.
- Zgadnij inteligencie - wstałam i zaczęłam wzrokiem szukać kota. 
Spostrzegłam go na jednej z wyższych gałęzi drzewa:
- O tam jest - wskazałam palcem. Louis wstał by mieć lepszy widok.

- Widzę.
- Pewnie tera zejść nie może - posmutniałam.
- Peszek. Nie musiał przecież wpierdalać na to drzewo nie? - spojrzał  na mnie.
- A jak miał jakiś ważny powód? A jak się zgubił? Nie możemy go tak zostawić! - tupnęłam nogą jak dziecko i spojrzałam mu się prosto w oczy.
Miałam nadzieję, że nadal to na niego działa. Kiedyś zawsze ulegał przez moje spojrzenie. Tym razem też było skuteczne:
- No dobraa... Wejdę po niego. Zadowoli cię to? - uśmiechnął się.
- A jakże by inaczej! - rozpromieniłam się.
Louis dlategoż, że był - o dziwo - bardzo zwinny kotek szybko wylądował w moich objęciach. Był malutki i słodziutki. Milutkie białe futerko było lekko pobrudzone dając zajebisty efekt przy jej jasnych niebieskich oczkach. Stwierdziłam, że to dziewczynka:
- No i co z nią zrobisz? - spytał.
- Zaopiekuje się nią i poszukam jej właściciela albo nowego domu, proste - uśmiechnęłam się. 
- Że ci się chce.
- Nom. To co zbieramy się? 
- Jaa... - zadzwonił mu telefon - ...sne. Sorry muszę odebrać...
- Spoko - pokiwałam głową i wróciłam do kota.
Po chwili wrócił:
- Ej ja muszę spadać. Zayn dzwonił..
- Nie no okej. Poradzę sobie - uśmiechnęłam się.
Na pożegnanie przytulił mnie i pocałował w polik. Zabrał rower i tyle go widziano. Ja zdziwiona stałam jak ten słup dopóki kot nie zaczął się wiercić i miauczeć. Włożyłam kota do koszyka i powędrowałam do domu. 

1 komentarz:

  1. Zapowiada się historia z kotem :D jest świetny czekam na następne

    OdpowiedzUsuń