sobota, 28 kwietnia 2012

Rozdział 10

z punktu widzenia Mary

- O boże jak ja cię dawno nie widziałam - wtuliłam się w wysokiego ciemnego szatyna o szaro-zielonych oczach. 
- Tęskniłem za tobą - musnął ustami delikatnie moją szyję.
Uwielbiałam jak tak robił, ale jednocześnie zdawałam sobie sprawę, że przecież 3 lata się nie widzieliśmy. Od razu odsunęłam się od niego:

- E... No i ten. Co tu robisz? - zapytałam.
- Mam na razie trochę wolnego to przyjechałem z kumplami do Londynu - odpowiedział ze swoim boskim uśmiechem.
- Wolne od...? - spytałam, jednak nie usłyszałam odpowiedzi, ponieważ Louis podszedł do mnie.

- Cześć - szatyn podał mu rękę.
- Siema... - uścisnął ją.
- Louis jestem - przedstawili się jednocześnie.
Zaczęłam się śmiać. Dopiero teraz sobie uświadomiłam, że mają takie same imiona. Chłopacy dostatecznie już zdziwieni, spojrzeli się na mnie jak na idiotkę, gdy ja sobie tarzałam się na trawie ze śmiechu. Po chwili zapanowała dziwna cisza. Wstałam i z poważną miną zapytałam szatyna:
- No więc do kiedy zostajesz?
- Nie wiem. Ale prawdopodobnie jak najdłużej. Nie mamy na razie żadnych planów na wyjazd.
- Super - nie wyraziłam zbytnio swojej radości. 
Przyjęłam to bardziej łagodnie. Jednak w środku ze szczęścia rzygałam tęczą. W końcu nie widziałam tego kochanego głupka, aż 3 lata. Nie utrzymywaliśmy ze sobą żadnego kontaktu. Może teraz to się zmieni. Cieszył mnie ten fakt.
- Widzę, że teraz jesteś zajęta, więc może później się gdzieś razem wybierzemy? - zaproponował zapatrzony we mnie.
Chciałam mu odpowiedzieć, jednak Louis wyprzedził mnie:
- Nie jest zajęta. Ja i tak już muszę iść - stwierdził i zwrócił się do mnie - Spotkamy się kiedy indziej. Cześć.

Chciałam coś powiedzieć jednak go już nie było:
- To co? Idziemy na shake'a? - szatyn uśmiechnął się zachęcająco.
- Hmm... - rozejrzałam się - Okej - stwierdziłam.
Po drodze rozmawialiśmy jak gdyby nigdy nic. Jakimś cudem szerokim łukiem omijaliśmy temat 'co się z nami działo przez ostatnie 3 lata'. W pewnym momencie chciałam się o to spytać, jednak Louis zaczął nowy ciekawy pomysł i zapomniałam o tym.
W Milkshake City zamówiliśmy szejki i usiedliśmy na ławce na dworze. On wziął jakiś nowy smak o nazwie 'One Direction', ja zaciekawiona też go kupiłam. Był słodki i bardzo mi smakował. Spytałam się Louisa czy wie skąd ta nazwa i w ogóle:

- Chłopacy z tego zespołu są stałymi klientami, więc mogli wymyślić swój własny shake.
- Aha... Nie słyszałam o nich... Chyba. Przynajmniej nie kojarzę, ale nie ważne.
- No, nie wiem czy takie nie ważne... - spojrzał się na mnie. Ja spojrzałam się na niego zdziwiona i oczekiwałam odpowiedzi.
Jednak nie otrzymałam jej:
- Ej ja muszę lecieć. Spotkamy się... Może jutro co? Czy kiedyś tam... - odszedł lekko zakłopotany.
Po chwili zniknął z pola widzenia. Wzruszyłam ramionami i próbowałam ponownie dodzwonić się do Suzy. Jednak i ta próba się nie udała. Trochę smutna wróciłam do domu. Rzuciłam się na łóżko. Wyciągnęłam z kieszeni komórkę. Przy okazji wyciągnęłam z kieszeni jakąś karteczkę:
' Jakbyś chciała się jeszcze kiedyś spotkać... 667444966'

Szybko zapisałam numer jako Kapitan. Kumple tak nazywają Louisa, ja osobiście nie, ale nie chciałabym, żeby pomylił mi się z szatynem. Uśmiechnęłam się pod nosem. Nie wiedziałam co ze sobą zrobić. Postanowiłam napisać do bruneta i włączyć kompa. Po jakimś czasie przypomniał mi się ten zespół One Direction. Posłuchałam kilka ich piosenek. Stwierdziłam, że kojarzę jednego głos. Ogarnęłam ich wygląd i mnie zamurowało.
- Ale ja jestem głupia! - powiedziałam do siebie i walnęłam się w twarz.

Louis należał do tego całego zespołu...





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz