czwartek, 26 kwietnia 2012

Rozdział 9

z punktu widzenia Mary 

Następnego dnia wstałam jakoś dziwnie wcześnie. Spojrzałam rozbudzona na zegarek była 8. Nie chciało mi się już spać, więc wyczołgałam się z łóżka, założyłam kapcie i zeszłam na dół. Było za cicho. Odwiedziłam pokój Mike'a i rodziców. Wszyscy spali, nawet zwierzaki. Zrobiłam sobie jak najciszej śniadanie, chociaż kilka razy nóż mi upadł i gdy szłam do salonu uderzyłam o kanapę małym palcem od nogi. Zwinęłam się z bólu i narobiłam trochę przy tym hałasu, ale nikt się nie obudził. Postanowiłam pójść do swojego pokoju, może tam nie będę tak hałasować. Postawiłam talerz z kanapkami na szafce nocnej i rozsiadłam się na łóżku. Usiadłam akurat na swojej komórce. Zadzwoniłam do Suzy z nadzieją, że nie śpi, ale nie odbierała. Napisałam jej sms, żeby do mnie zadzwoniła jak będzie mieć czas. Odrzuciłam komórkę obok, a ona po chamsku upadła na podłogę. Złapałam się za głowę z myślą - ja pierdole. Ale nic potem nie usłyszałam. Zaczęłam rozmyślać co dzisiaj ze sobą zrobię. Nie wypada siedzieć cały dzień w domu, gdy na dworze panuje upał. Przeczuwałam, że Suzy nie wyjdzie. Nie wiem skąd, po prostu to wiedziałam. Posmutniałam kiedy przypomniałam sobie, że nie mam numeru Louisa. Mogłam tylko czekać na cud, że przypadkiem go spotkam. Pierwsza na myśl przyszła mi stadnina, chociaż wątpiłam w to, że tak wcześnie już tam będzie. Po chwili uświadomiłam sobie, że przejmuję się jakimś chłopakiem... Ostatni raz tak miałam gdzieś 3 lata temu. Ale to już nie ważne.
Wstałam z łóżka, gdy gryzłam ostatni kawałek chleba. Po chwili siedziałam już z głową w szafie. Wygrzebałam z niej czarną dłuższą bluzkę na ramiączka z napisem 'Fuck The System' i białe krótkie spodenki z ćwiekami na przodzie. Wzięłam słuchawki, ipoda, no i oczywiście komórkę. Zeszłam na dół. Po drodze uczesałam włosy i odwiedziłam łazienkę. Ubrałam czarne conversy i wyszłam. Założyłam słuchawki na uszy i pochłonęła mnie moja ulubiona muzyka. Po jakimś czasie byłam już u Anny, która jak zwykle przesiadywała na ławce pod drzewem, które było trochę oddalone od wybiegów. Gdy szłam, miałam wrażenie, że ktoś za mną idzie i mnie obserwuje, ale to zignorowałam. Przysiadłam się do cioci, która nawet nie zareagowała na moje przybycie. Nawet dobrze. Nie chciałam wyłączać muzyki i nie miałam ochoty na rozmowę z nią. Chociaż bardzo lubiłam moją ciocię, która jednocześnie była moją chrzestną. Miała długie ciemne blond włosy, które związała w niską kitkę i zielone oczy. Była mojego wzrostu.
Gdy tak z nią siedziałam w pewnym momencie zauważyłam jakąś postać, która przemknęła do stajni. Chyba myślała, że będzie jak ninja, jednak jej coś nie wyszło. Poszłam tam sprawdzić kto to. Zauważyłam tylko jak ten ktoś wyszedł z koniem tylnym wyjściem, wsiadł na niego i odjechał. Podbiegłam do boksa Jokera. Nie było go. Olśniło mnie, że to może być Louis. Szybko wyprowadziłam Connie - białą klacz pełnej krwi angielskiej, która była tak jakby moja. Po chwili jazdy zatrzymał się na małej polanie w środku lasu. Zeszłam z konia:
- Miałaś jakiś konkretny powód do śledzenia mnie?
- A ciekawość wystarczy? - zapytałam podchodząc do niego.
- Nie wiem... A jakbym powiedział, że nie?
- To... Bym się słodko uśmiechnęła? - zrobiłam to co powiedziałam.
Przez chwilę patrzyliśmy sobie prosto w oczy. W końcu on złapał się za tył głowy speszony:
- Hm... Sądzę, że to by wystarczyło - uśmiechnął się i usiadł na pniu odrąbanego drzewa, które leżało obok.
- Co tu robisz?
- Często przyjeżdżam tutaj, żeby się trochę wyciszyć, przemyśleć i takie tam...
- A... - usiadłam koło niego.
Przez dłuższą chwilę panowała cisza. Słychać było tylko śpiew ptaków. Przynajmniej ja tylko to słyszałam. Chyba pierwszy raz od bardzo, bardzo dawna nie wiedziałam co powiedzieć. Zawsze mówiłam jak głupia, nawet jak był to bezsensowny bełkot. Czasem nawet sama do siebie gadałam, a teraz... Nic. W mojej głowie panowała kompletna pustka. Nagle się odezwał:
- Chcesz tutaj siedzieć?
- No... A czemu nie?
- No... Bo... Albo nie już nic, nie ważne.
- No powiedz no! - spojrzałam się na niego zła. Nie lubiłam jak ludzie tak robią. Ale on nadal upierał się i nie chciał mi powiedzieć. Zaczęłam go tykać cały czas powtarzając, żeby powiedział:
- No proszę noo! - zrobiłam minę szczeniaka. 
Przewrócił oczami.
- No... Bo może chcesz iść gdzie indziej? - wykrztusił to z siebie.
- A masz jakiś pomysł? - przysunęłam głowę do jego twarzy zaciekawiona. Poczuł się chyba trochę nieswojo bo od razu odsunął mnie:
- Może... Do parku w mieście? - powiedział pierwszy lepszy pomysł.
Jednak ja ucieszyłam się, wstałam i pociągnęłam go za rękę. Wsiedliśmy na konie i pojechaliśmy do stajni. Jakoś dziwnie szybko znaleźliśmy się w tym parku. Usiedliśmy na ławce i zaczęliśmy rozmawiać. Praktycznie o wszystkim. Zazwyczaj to ja wymyślałam jakiś temat, ale to u mnie normalne, a on i tak bardzo dużo się udzielał. Nagle w pewnym momencie usłyszałam znajomy głos:
- Mary?
Zdziwiona rozejrzałam się o co chodzi. W końcu zauważyłam kto mnie wołał. Z wrażenia, aż otworzyłam buzię. Szczęśliwa szybko podbiegłam do niego i go przytuliłam.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz