poniedziałek, 23 kwietnia 2012

Rozdział 6

z punktu widzenia Mary

Dotarłam do mych pięknych drzwi. System już był koło mnie i merdał ogonem. Teraz nie widziałam sensu w jego radości, przecież zaraz najprawdopodobniej ktoś mnie zabije. Jak nie Mike to mama lub co gorsza ojciec. Aż ciarki mnie przeszły na samą myśl. Wolałam unikać konfliktów z tatą. Nie dosyć, że rzadko w domu to jeszcze musi się na mnie wydzierać. Tak... Rodzicie nie mieli ze mną łatwo. No, ale to nie moja wina.
Dobra. Weszłam do domu z myślą 'wszystko będzie wykurwiście zajebiście'. Zdjęłam buty, bluzę i przemknęłam do pokoju jak ninja. O dziwo System zachowywał się też strasznie cicho - jak nigdy. Postanowiłam, że później najnormalniej na świecie zejdę, gdyby nigdy nic się nie stało. Tak idealny plan. Jeszcze jak nikt nie wchodził do mojego pokoju i nie wiedział czy jestem w tym domu czy nie. Byłam z siebie zadowolona. Ruszyłam w stronę łóżka, mijając lustro, które sobie bezczelnie udawało drzwiczki od szafy i mnie obserwowało. Przejrzałam się. Troszkę się przeraziłam. Miałam na głowie jeden wielki bałagan. Kredka się rozmazała. A rzeczy były pogniecione:
- Matko boska! - krzyknęłam i od razu złapałam się za usta.
Nastała cisza. Słyszałam tylko mruczenie Trolla, który łaził mi pomiędzy nogami. Odetchnęłam z ulgą.
Że ja tak wyszłam na ulice. Hmm... Chyba z tym Louisem jest coś nie tak jak tego nie zauważył, dobra nie ważne. - pomyślałam.

Otworzyłam szafę. Zaczęłam rozwalać pięknie poukładane ubrania. Ostatnio Miranda dostała się do mojej szafy. Gdzieś tak dwa dni temu. Wyciągnęłam z niej bluzkę z Supermana, którą kiedyś zajebałam Mike'owi. Wyszperałam jeszcze moje krótkie dżinsowe spodenki z flagą USA. Poleciałam do pokoju mamy po opalone rajstopy i poszłam do łazienki. Wyszłam już z lepszym wyglądem. Mojej szopy powstał lekko rozwalony wysoki kok. 
Weszłam do swojego pokoju lecz zaraz z niego wyszłam postanowiłam pójść się przejść. Może odwiedzę Anne... Czy coś takiego.
Na półce w salonie znalazłam swojego (tak jakby) ipoda. Wytrzasnęłam też duże słuchawki. Po drodze do drzwi zauważyłam prywatny aparat mamy. Ucieszyłam się, że to nie służbowy. Jakby takiego wzięła, nawet jakbym oddała w idealnym stanie by miała problem. Jak to ja zabrałam lustrzankę - uwielbiałam robić zdjęcia. Mam to pewnie po mamie. Założyłam swoje bordowe vansy i wyszłam.

Postanowiłam pomaszerować do stadniny. Trochę głupi pomysł no ale co jak co, głupia osoba może robić głupie rzeczy. Po drodze prawie wszystkiemu robiłam zdjęcia.
Wreszcie dotarłam. Miałam szczęście, ponieważ dwie osoby jeździły. Kochałam robić zdjęcia, najbardziej zwierzętom. Podeszłam więc do nich i krzyknęłam o pozwolenie. Zgodzili się. Okazało się, że na siwej klaczy jeździ Anna. Ale za nic nie mogłam rozpoznać kto jeździ na karym ogierze. Podejrzewałam, że to Joker.
W końcu na jednym zdjęciu zrobiłam zdjęcie jeźdźcu. Miałam rację co do Jokera. Na fotce był Louis. Nawet się ucieszyłam, albo nie... Trudno określić co wtedy poczułam.
W pewnym momencie przerwałam robienie zdjęć. Usiadłam i bacznie ich obserwowałam. Najpierw skakała Anna ze swą klaczą, a po niej Louis z Jokerem. Wspaniale sobie ze wszystkim radzili.
Po jeździe postanowiłam pomóc. Zabrałam siwą do stadniny. Miała boks akurat przy karym ogierze. Pewnie przypadek - stwierdziłam w myślach. Zaczęliśmy rozmawiać. Rozmowa nam się bardzo kleiła. Czego się nie spodziewałam po południowym spotkaniu. 

W końcu po pewnym nie określonym mi czasie (nie miałam zegarka) wróciłam do domu. Przez pewien czas towarzyszył mi Louis. Ale gdzieś w połowie drogi rozstaliśmy się.
W domu wszystkie nie potrzebne rzeczy porozrzucałam po pokoju i padłam na łóżko.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz